archiwum.glosmilicza.pl

:: Sprawy śniętych ryb nie odpuścimy!
Wiadomość dodana przez: jsl (2021-11-04 10:02:27)

NSZZ „Solidarność” Powiatu Milickiego, która ma swój oddział w Stawach Milickich, nie zgadza się z wyjaśnieniami prezesa Stawów Milickich Piotra Połulicha w sprawie przyczyn śnięcia wielu ton ryb 26 września na stawie Andrzej w kompleksie Stawno. – Nie można tego tłumaczyć tylko i wyłącznie przyduchą, bo od dawna w Gospodarstwach Rybackich dochodzi do ogromnych zaniedbań i niegospodarności. Ze strony kadry zarządzającej i kierowniczej nie ma chęci porozumienia się z rybakami, czyli pracownikami, którzy bezpośrednio zajmują się hodowlą ryb – mówi Ryszard Bartnicki, przewodniczący MOZ NSZZ „Solidarność” Powiatu Milickiego. 

 
Na zdjęciu: Przewodniczący MOZ NSZZ „Solidarność” Powiatu Milickiego Ryszard Bartnicki


Na nasze pytanie o przyczynę śnięcia ryb w kompleksie Stawno prezes zarządu spółki Stawy Milickie SA Piotr Połulich odpowiedział, że powodem tej katastrofy i w konsekwencji poniesienia wysokiej straty przez spółkę było zjawisko przyduchy. Słyszeliśmy, że związki zawodowe nie zgadzają się z tym wyjaśnieniem?
Zgadzam się z prezesem tylko w jednym stwierdzeniu, że przyducha zawsze była, jest i będzie, ale to nie tylko wysokie temperatury doprowadziły do śnięcia ryb w stawie Andrzej. Naszym zdaniem, to przede wszystkim wina szeregu zaniedbań i złych decyzji ze strony kierownictwa zakładu Stawno. Wiemy od pracowników Stawów Milickich, że po pierwsze kazano rybakom spuścić za dużo wody. A potem, gdy okazało się, że ryby duszą się, bo nie mają wody, nie podjęto żadnych, podkreślam, żadnych decyzji ratujących tą sytuację. To, że ryby są śnięte, stwierdzono już w niedzielę 26 września rano i nikt nie ściągnął ludzi do pracy, by ratować choć część ryb i przekazać je dalej na przetwórnię. Nikt się nie pofatygował, by cokolwiek z tym zrobić, a sam prezes o tym fakcie, jak wynika z naszych informacji, dowiedział się dopiero trzy dni po zdarzeniu. Tymczasem w poniedziałek 27 września te ryby do niczego się już nie nadawały. 

Czy wiadomo dokładnie, ile ryb zginęło i jaką stratę poniosła spółka?
Dokładnej liczby nie zna pewnie nikt, gdyż nie było polecenia przeważenia ryb. Mało tego, przez trzy dni nie było decyzji, co dalej z tą rybą robić. Potem kazano pracownikom pozbierać śnięte ryby i wsypano je do stawu suchego, co widziało wiele osób, mieszkańców i turystów przebywających w tym czasie nad stawem. Czy chciano je zakopać? Nie wiem, ale z naszych informacji wynika, że tym zdarzeniem, które przecież niesie ze sobą dużą stratę dla spółki, nikt się nie przejął. Nikt z kierowników nie poniósł odpowiedzialności za swoje decyzje. Tak, jakby tam za nic nikt nie odpowiadał. Jakby było zero zainteresowania produkcją ze strony kadry zarządzającej. Wracając do pytania, mówi się, że śniętych ryb było grubo ponad 20 ton, najwięcej tołpygi i amura, ale przede wszystkim zginął też cały materiał zarybieniowy ryb tj. karp i lin. To oznacza, że strata spółki wyniosła kilkaset tysięcy złotych. I nikt nie poniósł odpowiedzialności! Mało tego, na takie sytuacje, jak wynika z mojej wiedzy, nie ma w spółce żadnych procedur. A jak nie ma procedur, to nikt nie wie, co ma robić, więc najłatwiej wtedy chyba nic nie robić. Nie mieści mi się to w głowie! 

Na pewno pytał Pan związkowców i pracowników Stawów Milickich, czy można było zaradzić temu, co stało się na stawie Andrzej? 
Oczywiście, że tak. Po pierwsze, należało trzymać wyższy stan wody w stawie Andrzej. Przecież odłowy odbywały się już i na dużo wyższej wodzie i kończyły się pełnym sukcesem. Po drugie, staw Andrzej od lat nie był remontowany, a właśnie remonty pozwalają uniknąć tego typu zdarzeń. Ja wiem, że rekultywacja stawów jest bardzo kosztowna, ale może należałoby rozważyć jej przeprowadzenie z podziałem na etapy? A jeśli spółka ma jakieś plany remontowe, to dlaczego ich nie realizuje? Sam staw Andrzej nie był remontowany od co najmniej 25 lat, a wiem to od emerytowanych rybaków i pracowników spółki. To gdzie ta dbałość o nasz największy skarb? O nasze Stawy Milickie? Dlatego my tej sprawy nie odpuścimy. Będziemy domagać się dogłębnego jej wyjaśnienia, poruszymy niebo i ziemię, i nie pozwolimy zamieść jej pod dywan, tak, jakby nic się nie stało. 
  
Związek „Solidarność” jest bardzo aktywny w spółce Stawy Milickie. Z czego to wynika?
Bo tyle mamy tam problemów do rozwiązania, tymczasem woli ich rozwiązania ze strony decydentów nie ma prawie wcale. Organizujemy spotkania z władzami spółki i są one bardzo burzliwe. Mówimy wprost o problemach naszych pracowników, o łamaniu prawa, o zaniedbaniach, o niegospodarności. Ale nic z tych spotkań nie wynika. Wręcz przeciwnie, jesteśmy traktowani jak natręci, a nasi związkowcy są szykanowani. No przecież mamy XXI wiek i nie tak powinny wyglądać relacje na linii pracownik - kierownik. Nie mówiąc już o tym, że kadra zarządzająca mogłaby wiele nauczyć się od samych rybaków, bo wielu z nich na stawach pracuje wiele lat i ma ogromną wiedzę i doświadczenie. Może więc warto ich czasami wysłuchać, a nie tylko wyzywać i ubliżać? Uważam, że gdyby słuchano rybaków, czerpano z ich wiedzy, to takiego dramatu na stawie Andrzej z pewnością by nie było. Tu zdecydowanie zabrakło wiedzy i doświadczenia. Ale co byśmy nie mówili, i tak na koniec usłyszymy od władz spółki, że to my działamy na niekorzyść spółki Stawy Milickie, bo uderzamy w ich wizerunek. Szkoda, że nie ma woli, by z nami rozmawiać i wreszcie rozwiązać zgłaszane przez nas problemy. 

Nie ma porozumienia między kadrą zarządzającą Stawami a kadrą szeregowych pracowników?
Ależ oczywiście że nie ma! A największy problem jest właśnie w gospodarstwie Stawno, pod który podlega staw Andrzej, o czym wielokrotnie informowaliśmy, także pisemnie, prezesa zarządu spółki Stawy Milickie. Domagaliśmy się choćby zaprzestania łamania praw pracowniczych i związkowych przez kierownika zakładu. Przekazywanie zmian organizacji pracy odbywa się sposób upokarzający, a pracowników fizycznych, czyli naszych rybaków, obrzuca się stekiem wyzwisk. Na tych, którzy podpadną kierownikowi, szuka się haków. To nie czasy, kiedy istniał obowiązek odrobienia pańszczyzny w okresie feudalnym, dlatego przykre jest, że nasz Związek nadal, nawet dzisiaj, musi domagać się przestrzegania podstawowych praw i poszanowania drugiego człowieka. A to przecież rybacy, czyli ci najniżej opłacani pracownicy, są prawdziwą wizytówką stawów milickich. To oni wykonują najcięższą pracę i choćby z tego powodu należy im się szacunek, a nie wyzwiska. 

A jak wyglądają płace rybaków w Stawach Milickich? 
Niestety, ale to wciąż grupa zarabiająca najmniej, mimo że wykonują o wiele więcej pracy niż jeszcze kilkanaście lat temu. Dzisiaj przy odłowach siatkę ciągnie tylko kilku pracowników, podczas gdy 20 lat temu tą samą pracę wykonywało 40 osób. Wielu rybaków, stawowych za swoją ciężką pracę, wykonywaną przez wiele godzin, w wodzie, błocie i chłodzie, otrzymuje najniższe wynagrodzenie w wys. 2800 zł brutto. W systemie wynagradzania spółki występują ogromne dysproporcje pomiędzy płacami kadry kierowniczej i administracyjnej a płacami pracowników fizycznych, czyli rybaków. Na pensje kadry zarządzającej, a także na tworzenie nowych stanowisk pracy, premie czy podwyżki, pieniądze, oczywiście, są, ale dla rybaków już nie. A do tego kierownicy, co pokazała sytuacja na stawie Andrzej, nie ponoszą żadnych konsekwencji swoich błędnych, a czasami wręcz szalonych, decyzji. Chcę przypomnieć, że w ubiegłym roku spółka Stawy Milickie otrzymała od marszałka dolnośląskiego 3 mln zł, a w tym roku aż 10 mln zł. I ja się pytam, gdzie są te pieniądze? Moim zdaniem są one po prostu przejadane. Uważamy, że spółka zarządzana jest w sposób niegospodarny i mamy nadzieję, że nie dzieje się tak w każdej spółce skarbu państwa. 





adres tej wiadomości: archiwum.glosmilicza.pl/news.php?id=5730